Strasznie mi... trudno. Trudno mi zacząć pisać. Nie mówię tylko o tym blogu, ale przede wszystkim o "moim pisaniu". Od jakiegoś czasu piszę. To znaczy... to strasznie trudne.
Pisałam od kiedy miałam jakieś... 8 lat? Wierszyki, rymowanki wychodziły mi świetnie. Brałam udział w konkursach. Nawet raz wydali po takim konkursie książeczkę zwycięskich wierszy. Były też tam i moje popisy artystyczne.
Potem przyszedł kryzys artystyczny i dopiero w gimnazjum kiedy to ... ach ja nieszczęśliwie zakochana artystka... zaczęłam pisać. Kiedy teraz czytam te moje wypociny to łapię się za głowę. Ale miło mieć coś takiego starego. Baaardzo pouczające.
I przyszedł nowy kryzys pisania, jako takiego. I ponownie w liceum brałam udział w pisaniu poezji, na różne konkursy, już bardziej ambitnej niż o szkole i słoniu w kratkę. Z niektórych naprawdę byłam dumna, ale artysty... sama śmieję się z tego "artysty"... artysty nie zawsze da się zrozumieć. Przerabiając Słowackiego, a najbardziej, mojego ulubionego, jeśli chodzi o polskich wieszczy, Mickiewicza można zrozumieć dopiero po zagłębieniu się w jego biografię.
Wiersze stawały się bardziej wyszukane, często nawet te nie rymowane były świetną kombinacją. Oczywiście najlepsze powstawały wtedy, kiedy byłam przybita jak gwoźdź do deski, kiedy płakałam i mój mały-wielki świat rozpadał się na kawałeczki.
Teraz znajduję się w próżni. Nic mnie tak bardzo nie smuci ani tak bardzo cieszy żebym mogła paść albo podskakiwać. Jestem w umiarkowanym... nawet nie wiem czym? W nawiasie wolałabym bardziej podskakiwać, bo ostatnio wynajduję wszystko żeby się zagwoździć.
A wracając do mojego pisania. Jakiś czas temu. To jest... chwila ciągle mam problem z tym żeby odnaleźć się w roku, w dacie, w dniu i miesiącu... jakoś po lutym 2009 roku. O matko to już prawie dwa lata.
To wszystko wiąże się z moim złamanym sercem... ale to zostawmy.
To wszystko wiąże się... i tu teraz, część z której najbardziej śmiali by się moi znajomi, gdyby to przeczytali, ale dobrze o tym wiedzą. Otóż mój zapał do pisania "na poważnie", jeśli tak to można ująć, zaczął się po przeczytaniu Sagi Zmierzch. Pewnie zawiodłam teraz wszystkich czytających, jeśli tacy się kiedyś pojawią.
Wiem, że to dość ckliwa opowieść. On przystojny, szarmancki, Książę z Bajki, a ona biedna szara myszka, której wszystko z rąk leci, czy jak wiemy co krok się potyka o własne nogi. Ale wbrew temu co wszyscy mówią, nawet i ja, to takiej miłości pragniemy. Nieosiągalnej, nierealnej i nie z tego świata. Dlatego tyle osób tą książkę przeczytało, bo chcieliby czegoś takiego doświadczyć. A ci wszyscy anty, ich też rozumiem jak można wciskać, że coś takiego ma zaistnieć. Rozumiem, że on jest zbyt idealny, on i to jego umartwianie się, a ona zbyt kopciuszkowata. A i nie zapomnę wspomnieć o drożynach. Wspomniałam. Zostawmy to jednak.
Tak jak mówiłam, przeczytałam. Powiem, że były to wspaniałe dwa tyg tygodnie w moim tamtejszym życiu - smutnej, zwiedzonej licealistki.
I trochę dla tego, że chciałam pozbyć się myśli, trochę dlatego żeby zająć sobie czas i myśli zaczęłam wymyślać i marzyć. Początek był wampiryczny, bo po głowie tłukły mi się postacie z książki, le z czasem wszystko zaczęło się zmieniać i chyba dotarłam do tego czego podświadomie szukałam.
postanowiłam opisać swoją historię. to co mi się przytrafiło.
To żadna dramaturgia, teraz to wiem bo dorosłam... cały czas dorastam...ale to co mnie spotkało dotyka wiele osób. Chciałabym żeby ta historia im pomogła, żeby wiedzieli, że nie są sami, że przeżywa to koleżanka z klatki obok, chłopak z równoległej klasy, dziewczyna którą mijałyście przy półce w drogerii. Niestety nie wszyscy znajda się w takim samym otoczeniu jak... jak Ona. Wiec po to istnieje i On.
Po to Byłeś i Jesteś mi potrzebny Mój kochany.
Czasami historia potrzebuje iskry niesamowitości, żeby dostrzec jej niesamowitą zwyczajność.